Polskie problemy z Ukrainą to nie tylko historia i ideologia. Nie możemy tracić z oczu także gospodarki. Powracający jak bumerang koncept ekspresowego przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej jest skrajnie niekorzystny dla Polski i nie do zaakceptowania z punktu widzenia naszego interesu narodowego nie tylko dlatego, że w Kijowie czci cię Banderę i Melnyka, ale także ze względu na polski interes ekonomiczny.
Ukraina wchodzi – Polska wychodzi
Po pierwsze ukraińska akcesja oznaczałaby zwiększenie możliwości przekazywania do Kijowa środków pochodzących bezpośrednio ze składek dotychczasowych państw członkowskich do budżetu unijnego, co zmniejszyłoby ogólnie dostępną pulę i tak już zresztą znacznie ograniczoną ideologicznymi wymogami i zmniejszającą się konkurencyjnością unijnej gospodarki. Po drugie wchłonięcie Ukrainy uniemożliwi stosowanie choćby minimalnych czy czasowych ograniczeń dla ukraińskiego importu rolno-przemysłowego. Byłaby to wreszcie instytucjonalizacja dawnej niemieckiej wizji Mittleuropy, źródła zaopatrzenia i taniej siły roboczej dla lepiej rozwiniętych regionów kontynentu. Polski punkt widzenia powinien być zatem w tej kwestii prosty: Ukraina wchodzi do UE – Polska wychodzi.
EURO-majdan 12 lat później…
Skądinąd zresztą nawet bez formalnej akcesji trwają zarówno ekonomiczna eksploatacja Ukrainy przez zachodni kapitał sprzymierzony z miejscowymi oligarchami, jak i ich wspólna ekspansja na rynki europejskie. Anschluß Ukrainy miałby zatem przede wszystkim charakter deklaracji politycznej i jest zapewne trzymany w rezerwie, jako ostatnia próba podtrzymania wojny i utrudnienia normalizacji na Ukrainie. Trudno się przy tym oprzeć refleksji. Wszak to właśnie „europejskie aspiracje” były jednym z haseł propagandowych, którymi uzasadniano przewrót w Kijowie w 2014 roku. Tymczasem minęło 12 lat, państwo jest w stanie rozpadu, zniszczone wojną i jeszcze bardziej rozgrabione, a Ukraińców nadal łudzi się „powrotem do Europy”…
Naziści na straży Europy?
Co ciekawe, w Polsce mamy do czynienia z gwałtownym przebudzeniem opinii publicznej w sprawie prawdziwego oblicza ideowego współczesnej Ukrainy. Pajacowanie Zełeńskiego przestaje wreszcie przesłania pokraczną mordę nazizmu rozpanoszonego w Kijowi. Politowanie może przy tym budzić skwapliwe przyłączanie się polityków głównego nurtu (w tym zwłaszcza PiS) do coraz głośniejszych potępień banderyzmu, których nikt już nie ośmiela się nad Wisłą nazywać „powielaniem kremlowskich narracji”. Ukraina jest dziś państwem bezpośrednio odwołującym się do ideologii i praktyki nazistowskiej, w takim też duchu buduje swoją politykę edukacyjno-wychowawczą, kulturalną i historyczną. Żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy mają być jak bandyci z UPA i Waffen-SS Hałyczyna i takie są oficjalne deklaracje władz w Kijowie. I nikt, absolutnie nikt w Polsce nie może dziś udawać, że jest tym zaskoczony.
Zmądrzeli czy im kazali?
Jako sceptyk wyrażam jednak wątpliwość czy przynajmniej część nagle oświeconych działa tylko z obawy o utratę resztek wiarygodności, czy też znowu instrukcje przyszły z zagranicy. Czy zatem, prezydent Karol Nawrocki, Przemysław Czarnek i reszta PiS-u, a także Krzysztof Bosak nie odkochali się w Kijowie po SMS-ach z przekazem dnia z wiadomych ambasad? Stany Zjednoczone wycofują się z Europy i jest to proces, którego na dłuższą metę nie powstrzyma nawet ewentualna zmiana w Białym Domu po odejściu Donalda Trumpa. Czas globalnej hegemonii USA przemija bezpowrotnie i Amerykanie muszą skracać swoje fronty i odrywać się od nieprzyjaciela, niczym Niemcy po Łuku Kurskim. Dla obecnej administracji priorytetem jest nowy podział wpływów z Chinami i utrzymanie całego kontynentu obu Ameryk pod kontrolą USA. Jedyny wyjątek tradycyjnie czyni się tylko dla syjonistycznej okupacji Palestyny, jednak z pewnością nie dla Polski, Ukrainy czy w ogóle Europy.
Zawsze przeciw Polakom
Oczywiście też władza establishmentu III RP jest legitymizowana nie bezpośrednio przez Stany Zjednoczone, ale przez niemiecką gospodarkę i europejską biurokrację, dlatego właśnie Warszawa jest znacznie wrażliwsza na instrukcje płynące z Londynu, Berlina i Brukseli niż na sympatie obecnego lokatora Białego Domu. Stąd też należy odnotować tych niewzruszonych, nadal przekonujących, że „ciągle jeszcze nie pora”, że „nie ma co rozdrapywać”, no i oczywiście, że „Ukraina walczy za nas!”. Po pierwszym ogłuszeniu ukraińską bezczelnością pojawiły się też znowu próby usprawiedliwień, wyciągnięto na stół listę rzekomy win polskich, a nawet rytualnie powrócono do doszukiwania się jakichś lepszych stron ukraińskiego nazizmu (sic!), no przecież rzekomo był on przede wszystkim skierowany przeciw Rosji, co zresztą jest historycznie nieprawdą, ponieważ ukraińscy naziści zawsze za swój główny cel uważali przede wszystkim eksterminację Polaków i budowę swoich totalitarnych reżimów na ziemiach z Polaków oczyszczonych.
Decyzje nie zapadają w Warszawie
Wszystkie wyszukane i wielopoziomowe analizy możliwych motywów, celów i długofalowych skutków ukraińskiej polityki historycznej i bieżącej o tyle nie mają znaczenia, że przecież od przeszło dekady stałe i oczywiste pozostają dwa fakty:
- Kijów nie liczył się, nie liczy i nie będzie liczyć z polskimi opiniami, naszą wrażliwością historyczną ani oczekiwaniami.
- Kijów jest zupełnie słusznie przekonany, że pomimo takiej postawy nadal będzie otrzymywać od III RP wszystko czego zażąda, bowiem decyzje o polskiej pomocy nie zapadają w Warszawie, tylko w Londynie, Berlinie i Brukseli.
To jest aż takie proste.
A czy po tylu upokorzeniach, kosztach i stratach zafundowanych Polakom Wołodymyr Zełeński będzie nadal kawalerem Orderu Orła Białego – to już naprawdę ma dalszorzędne znacznie. Najwyższe polskie odznaczenie państwowe dostało w ostatnich dekadach tylu łajdaków, że jeden mniej czy więcej wróg Polaków z błękitną wstęgą na podkoszulku większej różnicy nie robi.
Konrad Rękas
